tętent kopyt w ogródku działkowym

trzeba sobie powiedzieć wprost
do kitu z tym!
ej, no bez przesady, ile jeszcze można?
przecież to takie łatwe, a Ty robisz tyle ceregieli, tak się zabezpieczasz przed każdą pomyłką w zdaniu, przed kropką postawioną w innym miejscu niż trzeba, przecinkiem za wielką metaforą
a tu tyle historii czeka na opowiedzenie
co najmniej jedna
kolejka zdań zamkniętych w ciasnej puszce głowy
walczących o wyjście na świat

w sumie to chyba pisałem o tym już wcześniej
czyli właściwie wiem, na czym polega problem
to świetny wybieg, żeby myśleć o tym wyłącznie przed snem
rano schowam pod poduszkę wstydliwe zapędy podboju słońca
pójdę podpisać listę obecności w kolejce oczekujących na zesłanie 6 liczb szczęścia...

i będę tam stał, póki jakieś zdanie nie wykluje się znów
nagle postawione między pustymi wierszami
szybko przykryte ręką
ale wyłażące spod palców

podpełznie pod szczelinie w oparciu siedzeń
wyjrzy znad zgniecionych chusteczek
zamruga błyszczącymi oczkami do mnie i krzyknie,
hej no, wyciągnij mnie stąd!

w tym zaplątaniu, uroczym bezwładzie tkwi cierpliwa pewność, że to tylko chwilowy zastój mocy twórczej, raptem lata wieczności, niewybaczalny nałóg unikania przemocy wobec własnego lenistwa, wobec osobistego strusia, który narodził się, by sprzedawać wielkie prawdy jedynie własnym uszom

gdzieś w ciszy słychać do buntu nawoływanie
wojownicy nakładają zbroje
żony malują im twarze
w ciszy drży ziemia od zbliżającego się rumoru armii
kopyta dzikich rumaków ugniatają piach

tyle jest rzeczy do opisania, że nie wiadomo, od czego zacząć
nawet nie wiesz, jaki to problem, przyjacielu
mówić od początku do końca i nie zapomnieć w trakcie, po co w ogóle się zaczęło