dZiwne odgłosy w czaszce

Mam w środku głowy intruza, który przechadza się od ściany do ściany i uderza młotem. Na oślep. Wyrządza mi ogromną krzywdę.

Słowem boli mnie.
To stosunkowo nowe zjawisko. Ból...

Powiedziałbym, że ma w sobie wiele elementów fikcji. Główną konfabulacją, że się posłużę Ziobrowym sformułowaniem, jest samo jego istnienie. Istnienie bólu.
Uwiarygadnia się wprawdzie z dużym profesjonalizmem i precyzją - w postaci światłocieni, ostrych igiełek czy młotkopodobnego stukania w potylicę, lecz ja i tak przeczuwam, jestem prawie pewien, że mam do czynienia z li tylko organizatorem pozorów.

Otóż to, trafił mi się menedżer insynuacji, bezczelnych pomówień podkoloryzowanych do granic absurdu. I co paradoksalne, trudno mu się oprzeć... Intensywność jego namolnej obecności nadaje sączącej się z każdej strony wizji znamion wiarygodności, przekształca je w ciało stałe, a przynajmniej w stabilne poczucie pewnej namacalności cierpienia.

I jak się przed tym bronić? Sięgając po proszki?

Nie, zdecydowanie odradzam tego rodzaju zachowania. To buduje złe nawyki. Lepiej zastosować jego własną broń. Wysłać do swojej głowy bandę rozrabiaków, która zatłucze aroganckiego przechodnia jego własną bronią. Młotkiem.
Słowem, wejść w grę pozorów z własną talią kart, na których istnieją tylko wymyślone symbole.

Właściwie to już tego nie czuję. Dwa pstryknięcia palców wystarczyły.
I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą coś nieznośnie chlupotało w głowie. Uderzało, walcowało, gryzło. A teraz? Teraz nasłuchuję...

Kiedy się przyjrzeć tym ciekawym zjawiskom powstającym miedzy lewym a prawym uchem, bardzo łatwo wpaść po same uszy w urojony garniec świata wyobrażonego, gdzie właściwości fantazji niby magiczny syrop nadają rzeczom niemożliwym stałej konsystencji, w skutek czego ból tylko wyobrażony staje się bólem realnym...